
Polityka
Stany Zjednoczone pojmały dyktatora Nicolasa Maduro i tym samym obcięły głowę wenezuelskiemu reżimowi.
"Peace through strength", czyli polityka siły powraca w pełnej krasie
Stany Zjednoczone pojmały dyktatora Nicolasa Maduro i tym samym obcięły głowę wenezuelskiemu reżimowi.
Czy to dobrze, że Maduro stracił stery? Bardzo dobrze.
Czy to dobrze, że dokonano to metodami niezgodnymi z prawem międzynarodowym? Niedobrze, ale to właściwie nie ma już znaczenia.
Prawo i organizacje międzynarodowe od zawsze stanowiły pewnego rodzaju wydmuszkę, ale dziś widzimy już ich całkowity schył i karykaturę.
Ostatnie dziesięciolecia widzieliśmy jak mocarstwa światowe podejmowały różnego rodzaju akcje niezgodne z prawem przez nie ustalonym, ale co do zasady było to w jakiś sposób oprawione dyplomatycznie. Nawet Władimir Putin parę lat temu ogłosił inwazję na Ukrainę oprawiając ją swoją długim wystąpieniem z pseudohistoryczną narracją.
Dziś jednak widzimy, że żadna górnolotna narracja nie jest zbytnio potrzebna. O ile akcję pojmania Maduro można byłoby oprawić wyłącznie w odzyskiwanie demokracji, wolności itd., tak komunikacja Białego Domu skupia się przede wszystkim na sile.
Trump mówi "Maduro chciał nam oddać wszystko, bo nie chce zadzierać ze Stanami Zjednoczonymi", a sekretarz wojny Hegseth mówi o "zapewnieniu dostępu do dodatkowego bogactwa i zasobów".
O ile uwolnienie Wenezelczyków od zbrodniarzy Maduro jest rzeczą moralnie właściwą, tak zdobywanie zasobów to po prostu polityka siły - niemoralna lecz skuteczna.
I... co z tego?
Można to wszystko oceniać moralnie - mówić, że to złe, niedobre, niezgodne z prawem itd. Ale takie komentarze dziś mogą pozostać co najwyżej w środowiskach akademickich. Polityka realna jest taka, że Trump chciał zdobyć Wenezuelę i ją zdobył (znaczy się, prawdopodobnie). I nie poniesie za to żadnych dotkliwych negatywnych konsekwencji, bo to najwięksi na tym świecie ustalają zasady.
A zasady dziś są takie, że silniejszy wygrywa. I o ile można się cieszyć z pojmania Maduro i prawdopodobnie lepszej przyszłości Wenezuelczyków, tak pamiętajmy, że my jako Polska do grona "silniejszych" jeszcze niestety nie należymy.
Gdy najsilniejsi są po naszej stronie to jest dobrze, ale co będzie wtedy gdy najsilniejsi będą naszymi wrogami? No właśnie...


